japan-4145652_1280

Zdążyć przed Japończykami

Niewierna Mańka z Krakowa

Nie uwierzę, że to Żelazowa Wola, dopóki nie zobaczę Japończyków!

Odgrażała żartobliwie Mania.

Mania przewędrowała pół świata. Paryż znała lepiej niż rodzinny Kraków.

Tak! Rzeczywiście t o jest Żelazowa Wola! Poznaję po Japończykach!

Frederic! Frederic!

Samurajska armia, umundurowana white and black i uzbrojona po zęby w Sony, miarowym krokiem przemieszczała się w stronę parku.

Frederic!

Zwartym pierścieniem otoczyła fortepian.

Jak na komendę wszystkie obiektywy wymierzono na pianistkę.

Zakodakować każdą ćwierćnutę. Wyssać wszystkie polonezy. Mazurki zakorkować!

Tysiące kilometrów lotu nie może umknąć na próżno.

Płatki kwitnących wiśni pospadają z wrażenia, kiedy odtworzymy koncert Frederica z t e g o miejsca, from Poland!

Konia z brązu temu, kto się przeciśnie przez tłum

Ostatniej Wieczerzy nie widziała.

Nie odwiedziła Muzeum Nauki i Technologii.

Słynnego konia z brązu, nad którym tyle lat pracował Leonardo da Vinci, nie oglądała.

Powiedziała szefowi prawdę.

Urodziłam się w Mediolanie i mieszkałam w Mediolanie.

Nigdy nie mogłam się przedrzeć przez tłum Japończyków, kiedy już postanowiłam, że zwiedzę słynne miejsca w rodzinnym mieście. 

Szef każdy urlop spędzał we Włoszech, kraju swoich przodków. Dokładnie zaplanował na najbliższy urlop zwiedzanie szlakiem Leonarda.

Lot z Australii do Rzymu jest długi i męczący, a on nie należał do połykaczy turystycznych fast-foodów.

Leonardo to Leonardo. Przygotowywał się do podróży cały rok.

Japończycy go nie odstraszą.

Magiczne miejsca rzucone na pożarcie

Czasami wyglądają zupełnie inaczej niż w prospekcie – mniejsze, nie takie kolorowe.

Ale są obiektem marzeń i westchnień amatorów zwiedzania. W rzeczywistości padają ofiarą konsumpcji, zatracania ich wewnętrznej charyzmy.

Są zadeptywane przez turystów z całego świata pielgrzymujących z przymusem zaliczenia kolejnego magicznego miejsca świata.

Magiczność gdzieś się ulatnia w osławionych miejscach – tłamszą ja  kolejki po kawę, lody, do bankomatów, ukrywa się zażenowana za straganami z góralszczyzną, cygańszczyzną, portretami na zamówienie, zagłuszona muzyką uliczną z każdego rogu, umyka niepostrzeżenie.

Okazuje się, że księdza Mateusza w Sandomierzu nie spotkaliśmy i szarlotki na plebanii z nim nie zjedliśmy.

Ksiądz Mateusz nie rozwikłał zagadki, czy żona nas zdradziła z tym brunetem z roboty.

Wracamy markotni. Wrzucamy zdjęcia na Fb z komentarzem, że było magicznie.

Za żadne skarby się nie przyznamy do rozczarowania! Co to, to nie!

A jak spotkamy grupę zwiedzaczy z Azji, mamy niezbity dowód, że miejsce jest magicznością namaszczone!

Oddychamy głęboko we własnym domu. Z ulgą. Z podziwem odkrywamy jeszcze raz ulubioną trasę w pobliskim parku.

Magiczna jest. Spokojna. Turystów nie ma. Można oddychać.

Psiarze, chodziarze z kijami i my!

 Spokojnie można pobiec ścieżką. Że też tego nie doceniałiśmy, że magicznie mamy do upojenia.

Do następnej ekskursji w dalekie, magiczne rewiry.

H. Janik

Zdjęcia: pixabay, pod tekstem – Marta Niemczykowska