tie-690084_960_720

Niewierny Tomasz kocha, lubi, lajkuje…

Na dziesięciu piszących trzech czytających.

Taki jest  real. Wśród tych trzech – jeden tylko czyta uważniej. Pozostali przelatują treść.

Tekst goni za tekstem. Sensacja za sensacją.Oblepia nas przeinformowanie.

Jak czytelnika sieć nie przyszpili w pierwszym akapicie, umknie do akapitu następnego.

Wabienie i kuszenie zmęczonego czytelnika zaczyna się na poziomie tytułu.

Przez tytuły przestałam odwiedzać księgarnie.

Na pokuszenie dają po oczach tak, że w człowieku odzywa się pazerność, zazdrość, chciwość i bezradność wielka, że tego wszystkiego nie jest w stanie przeczytać, mieć, napisać i  że takich tytułów nie wymyślił!!!

Dlaczego nie wymyśliłaś takiego tytułu np. Zsokowani? Dlaczego?

Biorę poradnik z przepisami na szejki i temu podobne. Tytuł pierwsza klasa do tego typu książki! Przecież mogłaś na niego wpaść! Nie wpadłaś, nie wpadłaś.

Zostało zszokowanie zsokowaniem. Kropka.

Jak zrezygnowałam z odwiedzania księgarni, to myślałam, że one, tj. tytuły nie będą mnie prześladować.

Nic z tego. Siedzę w kawiarni Camelot – Zaułek Niewiernego Tomasza w Krakowie, na Jana.

Też dobra nazwa na tytuł książki: „Zaułek Niewiernego Tomasza”.

Czekam na umówioną osobę.

Otwieram jakieś reklamowe pisemko. Nachalnie przed oczy me wychynął się tytuł: Kocha, lubi, lajkuje.

Dobre, dobre… Na czasie. Znowu nie wymyśliłaś ty, czyli ja.

Dwie strony dalej: Poranne skubanie talerzy.

Genialne. Jak na wyobraźnię działa! Cóż można skubnąć z talerza? Trawkę jęczmienną oczywiście, rzeżuchę, rukolę. Hej! Wy wege-podobni! Nie poraziłby was taki tytuł?

Poszłam do księgarni po bardzo długim tam niebywaniu z racji tytułów, których nie wymyśliłam i tak dalej.
Złamałam się, choć obiecywałam sobie przed wejściem, że nic nie kupię, choćby tytuł powalił mnie na ziemię!

Powalił.

Kto z was chciałby rozweselić pechowego nosorożca? Autor: Leszek Kołakowski. Ten Kołakowski.

Tytuł-konkret. Złamał mi moje eko-serducho, zagrał na miłości do zwierzyny.

Z tyłu zdjęcie zatroskanego mocno filozofa, który napisał w 1966 roku książeczkę dla swojej córki.

Czujna cenzura PRL-owska nie uwierzyła Kołakowskiemu w miłość do nosorożców. Położono na tym tzw. łapę i tekst długie lata leżakował. Wreszcie się ujawnił za sprawą spółki wydawniczej Muchomor.

Wzięłam do ręki. Kasa. Pakowanie.

Kupione. Tytuł ma moc! Dla mojej wnuczki w sam raz.

Niech pociesza nosorożce.

Któż z was nie chciałby poczytać o nosorożcu swojej wnuczce?

 

 

 

HJ

Zdjęcia: pixabay