5261907730_0cd6031ed7_b

Ostatni uśmiech należy do konia

Nakręcają mnie historyjki, np. o dwóch takich, no, tych tam… co ukradli księżyc i coś tam jeszcze. E, tam! Lepsza jest historyjka o trzech takich, co nie mieli nic.
Pierwszy nie miał nic, drugi jeszcze mniej, trzeci – szkoda gadać, ale się wzięli do kupy, fabrykę wybudowali. W mieście Łodzi to się zdarzyło onegdaj.
Zakończenie dziejów fabryki nie jest ważne. Ważne, że cegła w cegłę szła szybko i fabryka stanęła.
Bohatery, pioniery, herosy. Przodownicy wczesnokapitalistycznego czynu. Zawzięli się i doprowadzili dzieło do końca!

Łysawy. Grubawy. Niski. W nietwarzowych okularach. W dodatku lekko się jąkał. Nigdy nie patrzył klientom prosto w oczy, tak jak pouczają trenerzy od sprzedaży bezpośredniej. Był zaprzeczeniem przystojnego bruneta wieczorową porą, skropionego wodą Davidoff, do którego wzdychałyby brunetki, blondynki i rude, a nawet te z kolorowymi pasemkami. Nie uwodził też tzw. nieodpartym urokiem osobistym.

I taki facet, niereprezentacyjny, pozornie przeciętniak, zostaje czempionem sprzedaży bezpośredniej.

Gdzie tkwiła jego tajemnica sukcesu, pytano. Rozwiązanie zagadki było jednoznaczne: głębokie poczucie misji do spełnienia. Misją, jego prywatną misją, której poświęcił całe życie, było ubezpieczenie wszystkich obywateli Stanów Zjednoczonych.

Jako dziecko przeżył kryzys lat 20. XX wieku. Widział, jak ludzie wyskakiwali przez okno, gdy stracili pieniądze, pracę. Jego rodzice mieli poważne kłopoty. Dorastał w biedzie i strachu.

Zaświtała mu wtedy taka myśl, że trzeba zrobić wszystko, aby ratować ludzi przed skutkami ewentualnego kryzysu w przyszłości. Został agentem ubezpieczeniowym. Sprzedawał polisy na życie. Zarobił bardzo dużo pieniędzy, tak wiele, że nawet nie był ich w stanie wydać.

Pod koniec życia, będąc ciężko chory, trafił do szpitala i jeszcze trzy dni przed poważną operacją, ubezpieczył pielęgniarkę i lekarza anestezjologa. Jego motorem działania było coś znacznie więcej niż zdobycie majątku, prestiżu, sławy – to była jego osobista, świadomie wybrana misja, którą konsekwentnie realizował całe życie.

Płynęli pod prąd.

Robili n-tą próbę w laboratorium.

Przecierali szlaki.

Sięgali wzrokiem tam, gdzie nikt nie sięgał.

Przesypywali tony miału w starej szopie, aby odkryć nowe, coś co przeczuwali.

Rysowali latające maszynerie. I podwodne statki, kiedy nikomu nawet się o tym nie śniło.

Pasjonaci. Odkrywcy. Wizjonerzy. Szaleńcy. Nawiedzeńcy i misjonarze zwiastujący nadejście nowego. Geniusze.

Skłodowska, Leonardo da Vinci, Martin Luther King i wielu, wielu innych pielgrzymujących pod prąd.

Dlaczego więc, kiedy ktoś zwierzy się ze swojego marzenia, że chce zrobić to, czy tamto, często rysujemy mu kółko na czole? Niemożliwe! Tak podsumowujemy.

Niemożliwe? Jeżeli niemożliwe, to jak się to stało, że nosisz w kieszeni swój bank, telefon, kamerę, filharmonię, notatnik i nie wiadomo, co jeszcze w postaci smartfona, mniej więcej 7 na 12 cm? Wsiadasz do samolotu i za kilka godzin jesteś na drugim końcu świata. Jak?

I jeszcze dodajesz komentarz: „Koń by się uśmiał! Coś takiego!”.

Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni.

A ostatni śmieje się koń.

Z niedowiarstwa.

 

HJ

Zdjęcia: Magic Madzik/flickr.com, https://creativecommons.org/licenses/by/2.0/; pixabay.com