fotka do Rozy

Różo, pojedźmy do Łodzi, Łodzi, Łodzi!

Karla spotkałam na Blankenese

Buraki absolutnie wykluczone! Jem wszystko, z wyjątkiem buraków! ‒ oświadczył GP podczas pierwszej rozmowy. W sowieckim łagrze przez siedem miesięcy jadł tylko buraki i nic poza burakami. Wystarczyło.

Henriettte! ‒ zwierzył się kiedyś GP. ‒ Kiedy będę umierał, w chwili śmierci chciałbym mieć przy sobie sobie coś z jedwabiu!
Zawiązać dzisiaj na reżysera, czy na pana GP? ‒ zapytałam.
Zrozumiał dowcip. Uśmiechnął się leciutko.
Na pana GP, oczywiście!
Na reżysera jedwabny szal wiązało się jak apaszkę ‒ pod szyję, w supeł.
Na pana GP – jeden koniec szala był przerzucany na plecy, drugi wędrował pod rozpinany, kaszmirowy cardigan.

W światowe życie GP wyruszył tuż po powrocie z sowieckiego łagru, do którego zapędzono go po Stalingradzie. W drodze po Wehrmachcie towarzyszyła mu „Droga przedsiębiorcy”, rok wydania 1947, wydanie 17 (!). Studiował skrupulatnie jak pilny uczeń, podkreślając (od linijki) co ważniejsze fragmenty.
Czerwonym atramentem umieszczał swoje uwagi na marginesach książki. Gdzieniegdzie tkwiły jeszcze pożółkłe karteluszki z zapiskami GP. Bardzo pochyłym, niewyraźnym pismem GP zwracał się pisemnie do Opatrzności: „Boże! Wszystko powierzam w Twoje ręce!”.

Widocznie Bogu spodobały się pisemne petycje i dopomógł GP w biznesie. O biznesie GP jednak nigdy nie opowiadał. Jak przystało na prawdziwego gentlemana, który o pieniądzach nie mówi, bo je ma.
Chętnie wdawał się natomiast w pogawędki o sztuce, jedzeniu, gatunkach herbat, podróżach, filozofii. Mówił o wyższości cygar brazylijskich nad kubańskimi etc .
Jego biblioteka liczyła kilkanaście tysięcy książek. Przeczytał ponoć wszystkie.

‒ Zna pani Karla Dedeciusa? ‒ zapytał kiedyś niespodziewanie. ‒ Nie? Przecież pani mówiła, że interesuje się literaturą! Naprawdę pani nie słyszała o Karlu Dedeciusu?
GP był rozczarowany. ‒ Karl Dedecius, tłumacz literatury polskiej na język niemiecki ‒ dodał po chwili.

‒ Jasne, że znam! Lodzermensch aus Lodz!

GP też go znał. Osobiście. Poznał Dedeciusa w czasach, kiedy obaj pracowali w firmie ubezpieczeniowej Allianz.

GP mówił niewyraźnie, poza tym nigdy do tej pory nie słyszałam, jak brzmi wymowa „Dedecius” w ustach oryginalnego Niemca.

W taki sposób, przy wiązaniu jedwabnego szala ‒ spotkałam Karla Dedeciusa. Na Blankenese, w Hamburgu, dzielnicy pięknych i bogatych.

Niedaleko domu GP, rzut kamieniem, mieszkała kiedyś Marion Gräfin Dönhoff, ikona powojennego dziennikarstwa, współwydawczyni opiniotwórczego „Die Zeit”, rzeczniczka porozumienia niemiecko-polskiego.

Dobre towarzystwo dla Karla.

Łódź leży między Stalingradem a Weimarem

Jak to tak? Mam do nich strzelać? Do Baczyńskiego, Gajcego, Różewicza?! To są moi wrogowie?

Dostałem swój pierwszy w życiu „dorosły” kapelusz, zamiast na bal, tak od razu pod Stalingrad?

Przeżyłem. Przeżyłem, bo tak bardzo chciałem żyć!

Przeżyłem dzięki znajomości polskiego ‒ dzięki temu szybko opanowałem w sowieckim lagrze rosyjski. Byłem potrzebny jako tłumacz. Rosyjskiego uczyłem się na Lermontowie.

Wróciłem do Łodzi po Stalingradzie i siedmiu latach lagru. Nikt na mnie już nie czekał. Matka nie żyła. Ojciec też, nawet nie wiadomo, gdzie był pochowany, może w jakiejś zbiorowej mogile?

fot. Tomasz Pełczewski

 

‒ Henriette! Szybko! Niech pani tutaj przyjdzie! ‒ GP wołał głośno. ‒ Coś dla Pani o Łodzi.

Jest 20 maj 2011. Blankenese. Radio „Deutsche Kultur” nie zapomniało o 90-tych urodzinach jednego z największych ambasadorów kultury polskiej i niemieckiej, Karla Dedeciusa. Bardzo obszerny wywiad.

Łódź jest w centrum jego wspomnień.

Różo, pojedźmy do Łodzi, Łodzi, Łodzi ‒ ten cytat z Musila zbudził we mnie gwałtowne wspomnienia. Miasto matki i ojca I moje miasto, którego nigdy nie zapomnę, miejsce sentymentalne. Przedostałem się do wschodnich Niemiec, do Weimaru. Tam była moja narzeczona . Ułożyłem sobie życie, urodził się mój syn, ale zaczęło się robić zbyt czerwono. Poznałem Rosjan w niewoli, ich podejrzliwość i metody postępowania. Choć dobrze mi się powodziło pod względem materialnym, to przeczuwałem, że naciski ideologiczne na mnie i na moją rodzinę będą się nasilać. Czy dzieci miały wzrastać w atmosferze przepełnionej strachem? Uciekłem do Niemiec Zachodnich.

Na drugi dzień otrzymałam przesyłkę.

GP zrobił miłą niespodziankę ‒ zamówił niemieckie wydanie wspomnień Karla Dedeciusa. Specjalnie dla mnie.

Różo! Jesteśmy już w Łodzi

Przyjechałaś.

Będziesz szlifować tutaj swoje szczęście.

Pozostaniesz w Łodzi na zawsze.

Pasaż Róży obrazuje drogę, jaką przeszła moja córeczka Róża, od niewidzenia, do widzenia – wyjaśnia autorka Joanna Rajkowska ideę dzieła

 

Rosa wir fahrn nach Lodz, Lodz, Lodz…

Henryka Janik

Krótkie wyjaśnienia:

1. GP zmarł sześć lat temu. Nie byłam przy jego śmierci. Nie wiem, czy miał wtedy jedwabny szal zawiązany na pana GP.

2. Karl Dedecius, Honorowy Obywatel Łodzi, zmarł 26 lutego 2016 r. we Frankfurcie nad Menem (ur. 20 maja 1921 r. w Łodzi). Pochowano go bardzo uroczyście ‒ nie zabrakło delegacji z Łodzi. Zostawił genialne tłumaczenia ponad 300 poetów i prozaików polskich na język niemiecki, m.in. A. Mickiewicza, K.K. Baczyńskiego, Z. Herberta, K. Wojtyły, W. Szymborskiej. Szanowany i odznaczany wieloma prestiżowymi nagrodami, m.in. najwyższym odznaczeniem państwowym ‒ Orderem Orła Białego. Fascynująca osobowość, prawdziwy Europejczyk, który często podkreślał, że Ojczyzną mojej duszy była Łódź.

3. Róża żyje swoim własnym życiem. Trzeba ją koniecznie odwiedzić w Łodzi, w Pasażu Róży, Piotrkowska 3. O niesamowitej historii powstania tego miejsca tutaj: http://www.rajkowska.com/pl/projektyp/310

4. Ku mojemu zdumieniu znana stara piosenka Wir fahrn nach Lodz jest do tej pory rozpoznawalna w Niemczech.